Po raz pierwszy tak dobitnie przekonaliśmy się, jak poważnie Włosi traktują to, co my potocznie nazywamy sjestą.
Nasz włoski sąsiad — przemiły starszy pan, zawsze uśmiechnięty i serdeczny — pokazał swoje groźniejsze oblicze, kiedy nieopatrznie postanowiliśmy w porze obiadowej wkręcić kołek w ścianę na tarasie. Chodziło tylko o to, aby zawiesić doniczkę.
Problem polega na tym, że mamy wspólną ścianę. A dokładniej: ogrodzenie naszego tarasu jest jednocześnie ścianą domu sąsiada. Samo to rozwiązanie wiele mówi o dość swobodnym podejściu do budowania w południowych Włoszech. Tutaj takie rzeczy nikogo specjalnie nie dziwią. Dziadka natomiast zdecydowanie zdziwił i zirytował warkot wiertarki.
I właśnie wtedy po raz kolejny przyszło mi do głowy pytanie:
Jakim właściwie cudem kraj, który sprawia wrażenie, jakby ciągle odpoczywał, jadł, pił kawę albo spotykał się z rodziną, jest ósmą gospodarką świata?
Autentycznie mnie to fascynuje!
Pomieszkuję we Włoszech od czterech lat, a regularnie przyjeżdżam tutaj od prawie dwudziestu. Kocham Włochów, ale wiem również, że to, co zachwyca nas podczas urlopu, potrafi doprowadzić do rozpaczy, kiedy trzeba coś załatwić.
Na przykład umawiasz fachowca na poniedziałek. Przychodzi w czwartek.
Pytasz:
— Gdzie byłeś trzy dni temu?
W odpowiedzi widzisz rozbrajający uśmiech:
— Nieważne. Teraz jestem. Chodźmy na kawę.
Kiedyś zamówiłem kuchenkę. Po kilku dniach bezskutecznego czekania zadzwoniłem do dystrybutora i dowiedziałem się, że podobno… odmówiłem przyjęcia przesyłki.
Problem w tym, że nikt nawet nie próbował jej dostarczyć.
Takich historii mam dziesiątki. To są te trudniejsze strony życia we Włoszech, których turysta zazwyczaj nie dostrzega. Nie każdy jest na nie gotowy. Włoski styl życia potrafi wystawić cierpliwość na ciężką próbę.
A jednak Włosi zawsze mają czas.
Na pierwszym miejscu są rodzina, przyjaciele, wspólny posiłek i relacje. Reszta świata może chwilę poczekać. To piękne. I między innymi właśnie za to ich kochamy.
Oczywiście włoska gospodarka ma swoje problemy. Rośnie powoli, kraj jest mocno zadłużony, a różnice pomiędzy bogatą północą i biedniejszym południem są ogromne. A jednak mam wrażenie, że niezależnie od tego, co się wydarzy, Włosi zawsze spadną na cztery łapy. Poprawią marynarkę, zamówią espresso i nadal będą produkować rzeczy, które cały świat chce kupować.
Może więc oni wcale nie są leniwi? Może po prostu lepiej od nas potrafią oddzielić pracę od życia?
A może sukces gospodarczy nie zawsze wymaga ciągłego biegu, nadgodzin i traktowania każdej wiadomości jak sprawy życia i śmierci? Może gdybyśmy również trochę odpuścili, wcale nie zaszlibyśmy mniej daleko?


